W bardzo trudnym dla Polski i Polaków, nie tylko dla mieszkańców Gdańska, czasie po zabójstwie Pawła Adamowicza pada w przestrzeni publicznej wiele słów.

Rok 2018 zapamiętamy przede wszystkim jako rok świętowania narodowej rocznicy 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Działo się w tej dziedzinie u nas bardzo dużo. Czasami z sensem, a czasem bez sensu. Ta druga sytuacja miała miejsce, na szczęście, rzadziej niźli ta pierwsza, dzięki czemu jubileuszowy rok skończyliśmy z bilansem dodatnim. Moim zdaniem. Najbardziej jednak może boleć, że efekty bezsensowne czasem się wielu osobom podobały, co znamionuje i wywołuje zjawiska oraz wnioski niekoniecznie pozytywne.

W ostatnich dniach i godzinach "starego", 2018 roku - mała próba podsumowania owych 12 miesięcy. Oczywiście - widzianych z naszej subiektywnej, chóralnej perspektywy.

Dlaczego wszyscy tak się interesują tym, czy na Boże Narodzenie będzie śnieg?

 

Wcześniejsze i tegoroczne wojaże zagraniczne wywołały we mnie potrzebę porównań: Polaków do Europejczyków, i na odwrót. Wnioski są na pewno subiektywne, jednak na tyle ciekawe i chyba ważne, że postanowiłem się z nimi podzielić.

W te świąteczne dni - pozdrawiam wszystkich Czytelników z  Anglii.

Moje powroty do przeszłości (3)

Przez kilkanaście wrześniowych dni miałem okazję podróżować po Europie – i to wspólnej Europie.

Moje powroty do przeszłości (2)

 

(...)„Pracował przy armatce przez jakieś piętnaście minut. W pewnej chwili pocisk moździerzowy padł tuż przy armatce, raniąc pułkownika odłamkiem. Armatka podskoczyła od podmuchu do góry i opadła z powrotem. Pułkownik leżał parę sekund koło żołnierzy, potem nagle się podniósł, powiedział: -Teraz koniec. Niech żyje Polska! I strzelił sobie w głowę, w skroń lub w czoło.(...)”

            To się wydarzyło 19 września 1939 r.. Zawsze gdy ów dziewiętnasty dzień wrześniowy nadchodzi wspominam postać pułkownika Stanisława Dąbka. Dowódcy Lądowej Obrony Wybrzeża w czasie dramatycznej obrony skrawka polskiego, nadbałtyckiego lądu w tragicznych dniach zmagań Polaków z agresorem. Człowieka, którego w żaden sposób nie mogłem poznać, urodziłem się bowiem w 10 lat po jego śmierci, a który jest mi bardzo bliski. Tak od strony czysto emocjonalnej, jak też rodzinnej. Matka Stanisława i moja babcia były bowiem siostrami. Mój ojciec Franciszek był kuzynem pułkownika.

            Dlaczego trwa we mnie pamięć o Stanisławie Dąbku? Na pewno nie dlatego, że był jednym z herosów obrony Polski w pierwszych dniach i tygodniach drugiej wojny światowej. Będąc dumnym z takiego przodka nie odczuwam bowiem specjalnego parcia na dowartościowywanie się chlubnymi wyczynami swoich protoplastów. Pamiętam o nim głównie dlatego, że w swoim życiu reprezentował te cechy, które ja sam pragnąłem i nadal pragnę w sobie odkrywać. Ze skutkiem, jak mniemam raczej mizernym. W swoim życiu, życiu fantastycznego żołnierza i Polaka bezustannie Dąbek udowadniał, że wojskowy i patriotyczny obowiązek trzeba spełniać w każdej sytuacji i w każdej okoliczności. Nie wypierając się jednak własnej tożsamości. Tak żył, tak postępował gdy jako oficer armii CK Austrii dawał wzory męstwa i obowiązkowości żołnierskiej, nigdy nie rezygnując z podkreślania swojego rodowodu jako Polaka. Podobnie było już po podjęciu przezeń służby wojskowej w niepodległej już Polsce.

            A nie było mu z tym łatwo, gdyż nie będąc legionowym piłsudczykiem musiał ustawicznie znosić marginalizowanie jego osoby w strukturach polskiego wojska. Antagoniści, nierzadko zza pleców wytykając mu służbę w zaborczej armii oficjalnie jednak musieli uznawać niezłomność jego charakteru i wybitne umiejętności w szkoleniu oficerskiego narybku do armii Niepodległej. Gdy oficerowie niskich lotów, byli legioniści lub służalczy wobec „dworu” otaczającego Marszałka otrzymywali intratne stanowiska, Dąbek mógł co najwyżej liczyć na funkcje odpowiadające za sprawność szkolenia oficerskiej młodzieży. A potem o jego wychowankach z uznaniem mówiono jako o tych, którzy wyszli spod ręki pułkownika i są wzorowo wyszkoleni...

            Jego kariera w wojsku Niepodległej to żywy przykład podziałów w sanacyjnej Polsce na tych lepszych, czyli „naszych” (legionowców) i tych gorszych, których los pozbawił szansy na legionowy rodowód. Skąd my znamy takie właśnie podziały? Z polskiej historii i … ze współczesności. Dziwnym trafem historia Polski niejednokrotnie wykazała, że ci „gorsi” okazywali się w praktyce zdarzeń najlepszymi z najlepszych wśród obrońców Ojczyzny. Wykazała też, że właśnie owe podziały bywały najczęściej źródłem naszych narodowych nieszczęść. Bardzo często i tak bywało, że właśnie owych „gorszych” desygnowano w najtrudniejszych sytuacjach do ról najważniejszych, najtrudniejszych a nawet beznadziejnych. Taka była strategia „dworskich” decydentów.

            Mój Tata, Franciszek Kopyto spotkał kuzyna Stanisława w Krynicy 1939 r., w czasie swego pobytu w sanatorium. Pułkownik poinformował wówczas swego ciotecznego brata o powołaniu go na stanowisko dowódcy Lądowej Obrony Wybrzeża w Gdyni. - Wiesz co, Franku? Ja dobrze wiem, dlaczego mnie tam właśnie wysyłają. Tam się wszystko niebawem zacznie, a ja z tego „awansu” już chyba nie wrócę – powiedział do mojego Taty Pułkownik. Wiedział bowiem, jak ta służba będzie wyglądała i że na przychylność dowództwa wyrażającą się w dostawach eszelonami uzbrojenia i amunicji trudno mu będzie liczyć…

            Pułkownik nie pomylił się w swych rachubach choć do końca czekał na jeden choćby eszelon z wojennym wyposażeniem . Bezskutecznie. Mimo to, po przybyciu w ostatnich dniach lipca do Gdyni błyskawicznie zaczął organizować obronne oddziały. Zasłynął w Gdyni jako niezwykle sprawny organizator, emocjonalnie wiążąc się tam nie tylko z wojskowym środowiskiem a potem jako bohaterski, niezłomny dowódca w trudnych dniach września. Do dzisiejszego dnia trwa tam pamięć o nim. Do końca stawał na głowie aby ocalić młode miasto i jego mieszkańców. Zyskał tym sobie ich miłość i pamięć o nim.

            A – wracając do kwestii podziałów w polskim wojsku i społeczeństwie – sam Dąbek nie krył się z ocenami skutków tego zjawiska. Na podstawie rozmów z bliskimi współpracownikami pułkownika, Stanisław Strumph Wojtkiewicz odtworzył w świetnej powieści „Alarm dla Gdyni” przypuszczalne, przedśmiertne rozważania Dąbka w okopie Babiego Dołu. Są one stosunkowo wiernym obrazem jego poglądów na skutki owych podziałów i na brak jakiejkolwiek motywacji do oddania broni niemieckim najeźdźcom. Cytuję tekst z tej książki (wstęp do niniejszego artykułu także z niej pochodzi), gdyż najlepiej obrazuje on przyczyny samobójczej śmierci pułkownika i jego patriotyczne oraz wojskowe poglądy:

           Pułkownik „(…) pokazał swoim i światu, do czego jest zdolny duch. Duch jego strzelców. Rozgrzeszał nawet tych, których przemoc złamała wcześniej. Ale nie tamtych, co po prostu uciekli. Do Rumunii… Proszę bardzo: śmiać się czy płakać...Koszmar! Co za przykład...Papierowi rycerze! Strzelając raz po raz, wspominał...Wszystkie zadania wykonane. Chciał doskonałością wyszkolenia nadrobić – ile się dało – zaniedbania mądrzących się inspektorów i wyniosłych ministrów. No właśnie – walczyć do ostatniego tchu! Więc miałby – nagle, razem z nimi wpaść do szajsu? Pod niemiecki but i za niemiecki drut? A wreszcie – wegetować na wspólnym jenieckim kotle z tymi, co nie potrafili gospodarować narodem i ziemią? (…) A może wysłuchiwać od nich pouczeń, że bez potrzeby bił się do końca? (...)”

 

            Finał tych myśli i rozważań niezłomnego patrioty i żołnierza już znamy. Dąbek pojmował etykę żołnierstwa i służby Polsce bardzo prosto. Nie wolno wiernych jemu i Polsce ludzi pędzić na śmierć a potem samemu się salwować pójściem do niewoli…Mój nieznany wuj wybrał swoją drogę do patriotycznej przyzwoitości. Połączył w niej obowiązek z poczuciem wolności i wierności sobie samemu. Aż do ostatniego tchu.

            Czy współcześni Polacy byliby zdolni do podobnej postawy?

Antoni Kopyto

 Bohaterstwo mamy we krwi. I skąpane we krwi. Czy tak być musi?

            „Szpital jest tak przepełniony, że trudno przejść korytarzami, nie mówiąc o salach. Framugi okien, łazienki, wszystkie zakamarki są zajęte. Bez łóżek, bez sienników, wszędzie leżą chorzy, wszędzie ranni. (...). Warunki są niesłychanie ciężkie, niebywała liczba chorych i równie duża liczba zdrowych paraliżuje pracę. (...). Grupa lekarzy prawie nie odchodzi od stołu operacyjnego. Postrzały brzucha, płuc, straszliwe rany szarpane, ropiejące, rojące się robakami przerażają, odbierają resztę nadziei. Gangrena gazowa: rozpulchniona, sina kończyna, skóra trzeszczy pod dotknięciem, trzeba amputować, wysoko, natychmiast, nie ma chwili do stracenia. A na stole młody chłopak, 18–20 lat, błaga rozpaczliwie: „Nie amputujcie, jak wrócę do domu bez nogi, wolę umrzeć, matka tego nie przeżyje, ma mnie jednego, uciekłem z domu, nie ucinajcie”.”

            To tylko fragment wspomnień polskich pielęgniarek i lekarzy pracujących w pocie czoła we wrześniu 1939 r. we lwowskim Szpitalu Wojennym 604, przy ówczesnej ulicy Kurkowej 31, w budynku dawnej Ubezpieczalni Społecznej. W tymże szpitalu pracowała wówczas moja mama, Cecylia Budkiewiczówna, która w kilka dni po wybuchu wojny wyruszyła ze Stalowej Woli do Lwowa. Już było wiadomo, że Stalową Wolę zajmą Niemcy, więc przełożony mamy, dr Władysław Szurek nie czynił jej przeszkód w opuszczeniu stanowiska pracy w stalowowolskiej, nie tak dawno uruchomionej ubezpieczalni. - Jedź, Celinko, tam na pewno będzie bezpieczniej – mówił. -A pracę z twoimi kwalifikacjami od razu znajdziesz…

            Znalazła, właśnie w ubezpieczalni przy Kurkowej. W pierwszych dniach wojny przekształcono ją w Szpital Wojenny 604. Ale bezpieczniej we Lwowie nie było, z wiadomych powodów. O tych trudnych dla mamy tygodniach przepracowanych w tej lecznicy nigdy nam w domu nie chciała opowiadać. - Może kiedyś - mówiła. - Tego się nie da opisać, to mi się nadal śni po nocach. Opisując teraz tamte wydarzenia posługuję się bardzo realistycznymi wspomnieniami pielęgniarek i lekarzy pracujących w tym szpitalu, znakomicie odtworzonymi przez Pawła Naleźniaka w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, w pracy zatytułowanej „Lwowskie szpitale we wrześniu 1939 roku”. Dzięki niej zrozumiałem, dlaczego tak trudno było mamie wracać do tamtych dni…

            Oto kolejny fragment pielęgniarskich wspomnień:

            Niemieckie samoloty krążą nad miastem i wyrzucają niezliczone ilości amunicji. Czerwony Krzyż wymalowany na dachu szpitala i powiewające flagi nie powstrzymują ich od pikowania na budynek i obrzucania go pociskami. Na sali operacyjnej wyleciały już wszystkie szyby. Pył, gruz i szkło zasypały stół operacyjny, narzędzia i personel. Ranny z postrzałem brzucha jest nie do uratowania. Obnażone jelita są szare od kurzu, czym je myć? Soli fizjologicznej już dawno nie ma, a woda? Woda jest, woda jest, wszystkie wanny napełnione po brzegi, ale przy ciągłych wybuchach i masie pyłu przybrała widok gęstej, brudnej zawiesiny. Siostry szarytki robią cuda, filtrują, gotują i osiągają jałowy płyn konieczny do tylu zabiegów. Ale tu w tym przypadku, jest już za późno, chrapliwe rzężenie zapowiada nieodwołalny koniec...(...)”…

            Dr Marian Garlicki, chirurg i ordynator w tym szpitalu wspominał:

            „(…) Pracowaliśmy, nie licząc godzin, widząc przywożonych bez przerwy młodych, silnych mężczyzn, którzy mimo bardzo ciężkich zranień byli pełni zapału i wiary w zwycięstwo. Nigdy nie zapomnę młodziutkiego żołnierza, któremu odłamek pocisku oderwał całą żuchwę. W miejscu brody wisiał zakrwawiony język, tworząc z twarzy koszmarną maskę. Jedyną doraźną pomocą, jakiej mu można było udzielić, to zabandażowanie tej niesamowitej twarzy. Po nałożeniu opatrunków młody chłopak na migi poprosił o papier i ołówek, następnie napisał dwa pytania. Brzmiały one: czy będzie żył i czy Polska zwycięży? Na oba odpowiedziałem twierdząco. Młody bohater wśród tysięcy innych... (...)”

            Mama jeszcze przez kilka trudnych tygodni, po wkroczeniu Sowietów i Niemców do Lwowa (tj. po 19 września) pracowała przy Kurkowej 31. Potem uzyskała zgodę od okupacyjnych władz miasta i u progu zimy wróciła do Stalowej Woli. Jeden z ostatnich, opowiedzianych nam epizodów z jej pracy dotyczył sprawowanej przez nią opieki nad kawalerzystami korpusu gen. Władysława Andersa i nad nim samym, internowanymi w tymże szpitalu. Wojskowi Andersa odmówili sowieckim okupantom oddania broni i powiedzieli, że przekażą ją polskiej siostrze. Ci wąsaci, mocni mężczyźni płakali jak bobry oddając swą broń także zapłakanej Celince, mojej mamie.

            Tyle wspomnień. A teraz garść refleksji, tyczących rozpoczynającej się właśnie kolejnej rocznicy niemieckiej i sowieckiej napaści na Polskę. Lansowana dzisiaj u nas polityka historyczna budzi we mnie różne odczucia. Skala związanych z nią moich prywatnych emocji ma dwa zdecydowanie przeciwstawne wektory. Na jednym biegunie jest aprobata dla odsłaniania nieznanych faktów i zdarzeń, a także prawdy o skali cierpień i zasług Polaków w walce z niespotykaną brutalnością najeźdźców. O tym bezprzykładnym okrucieństwie tak Niemców, jak i Rosjan trzeba bez ogródek pisać, nie bacząc na kanony poprawności politycznej. Przed kilkoma dniami znalazłem w Empiku wiele arcyciekawych publikacji na ten temat, absolutnie nowych w treści i ich wyrazie. To mnie cieszy.

            A drugi biegun? Otóż mniej zdecydowanie jestem zachwycony mało udolnymi praktykami nowego interpretowania historii oraz koncentrowania się w obchodach rocznic wydarzeń wojennych metodą sentymentalno-łzawego,a nawet wesołego podśpiewywania pięknych skądinąd piosenek, buńczucznych i w sienkiewiczowskim trochę stylu „ku pokrzepieniu serc”. Chodzi tu o twórczość o tym, jacy jesteśmy wielcy, wspaniali, jak ochoczo idziemy w bój, na śmierć, a jak już zginiemy to też będzie pięknie… Z przyjemnością owej twórczości słuchamy, ze wzruszeniem takie pieśni śpiewamy, wspominamy w ten sposób naszych bohaterów ale … czy tą metodą skutecznie przestrzegamy przed wojną, jej okrucieństwem i bezbrzeżnym okropieństwem? Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się oczywista. W telewizji od kilku dni „chodzi” reklama zwiastująca nowy, polski film o Dywizjonie 303. Wybiorę się do kina, na pewno, choć ów trailer telewizyjny w małym stopniu mnie do tego zachęcił. Lektor tejże reklamy w pewnym momencie stwierdza bowiem, cytuję;„Bohaterstwo mamy we krwi!”. No cóż, może i mamy, trudno zaprzeczyć. Niemniej zdecydowanie bardziej chciałbym, aby w polskiej krwi dominowały geny rozumu i zapobiegania narodowym, wojennym tragediom. Bez uszczerbku, rzecz prosta dla bohaterstwa...

            Dlatego właśnie, w momencie kolejnego, rocznicowego wspominania września 1939 zdecydowałem się na skreślenie tych kilku słów, w ramach historycznych wspomnień, nie tak dawno już zresztą przeze mnie zapowiadanych. Kolejne odcinki nastąpią.

Już wrześniowo pozdrawiam, nie tylko seniorów

Antoni Kopyto

foto z archiwum IPN

cku

Back to top