18 kwietnia. Dziś znowu mam taki sobie dzień. Coraz ich więcej. Ale ciągle daję radę. Szukając jakiegoś "odtruwacza" wyciągnąłem z szuflady...tak, tak, to nie pomyłka - wiersz. Własny, niepublikowany. Mam trochę takich, właśnie w szufladzie, nigdy i nigdzie nie wydawanych, znanych tylko kilku osobom, rodzinie i przyjaciołom.
 
Kochani, bez obaw, nie mam zamiaru Was dręczyć swoją poetycką twórczością. To jest tylko odruch chwili. Po prostu przeczytałem ten dobrze mi znany wierszyk jakby na nowo i … zrobiło mi się lepiej. Więc chcę się tym podzielić z Wami. Może ktoś inny z tej "terapii" skorzysta?
 
Ten "utworek" powstał niespełna dwa lata temu i był skutkiem spaceru po niżańskim parku. Gdy ujrzałem tam stareńkie drzewo tulipanowca i zobaczyłem urwany (odcięty?) konar, a na nim rozkwitłe na progu lata przecudne kwiaty - nie mogłem nie ulec zachwytowi. Skojarzenie było wielorakie. Dotyczyło nadziei głównie, może trochę - na własne przebudzenie do aktywności, bardzo pożądanej w mojej grupie demograficznej (seniorzy!), a także (uwaga, to już wątek prawie religijny!)… Zmartwychwstania! I tak zrodził się ten wierszyk. Myślę, że tym razem powinien być (przynajmniej dla mnie) impulsem do nadziei...
 
 
TULIPANOWIEC
 
Konar wpół ścięty
 
Drzewo umarłe
 
Gałęzie rosną zeń niespodzianie
 
A na nich kwiaty
 
O cudnej barwie
 
To tulipany w parku nad Sanem
 
Świecą się żółcią
 
W słońca zachodzie
 
Myśli me w zachwyt wnet zamieniając
 
Zachwyt nad życiem
 
Które się budzi
 
Tam gdzie śmierć pewną przepowiadano
 
Wróżono koniec
 
Wróżono niemoc
 
I brak wszelakiej do życia chęci
 
Lecz siły życia
 
Były mocniejsze
 
Zakwitły mimo pewnej już śmierci...
 
Antoni Kopyto

cku

Back to top