Obiegła niedawno polskie media dość szeroko w nich komentowana informacja o pewnym zdarzeniu. Podczas majowej Nocy Muzeów w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku dyrektor tej placówki przerwał koncert pieśni wojennych w wykonaniu kapeli podwórkowej zakazując gry i śpiewania piosenki „Ciemna dziś noc”. Ta piosenka, pochodząca z filmu radzieckiego „Dwaj żołnierze”, a śpiewana w nim cudownie przez Marka Bernesa po dziś dzień jest często wykonywanym przebojem, nie tylko w Rosji. Pan dyrektor uznał, że śpiewanie utworu o bolszewickim rodowodzie, nawet tak pięknego i obrazującego ludzkie przecież uczucia sowieckiego sołdata nie może mieć miejsca w wolnej Polsce. Polsce, która doznała przecież tak wielkich krzywd ze strony stalinowskiej armii i nie powinna o tym zapominać. Wszak ów sołdat mógł wyśpiewywać swoje tęsknoty za domem i ukochaną niejako w przerwie między gwałceniem czy mordowaniem prawych Polek i Polaków…

            Czy to jedyny w naszym kraju przypadek kretyńskiego, „rzadkiej maści matołectwa” w interpretowaniu przesłania dzieł kultury i artystycznej twórczości w ostatnich latach? Niestety – nie! Było i jest takich sytuacji więcej, choć nie wszystkie zostały odnotowane i skomentowane publicznie w mediach. Były i są one pokłosiem obecnie lansowanej polityki historycznej czy też idiotycznym efektem trzymania sztamy przez ludzi władzy z hierarchią Kościoła Katolickiego (to dotyczy sytuacji skrzywień w twórczości i percepcji dzieł kultury o charakterze nachalnie proreligijnym). Nie jestem jakimś szczególnie wykwalifikowanym ekspertem w tej dziedzinie. Niemniej, z racji choćby swych doświadczeń jako publicysty, a jednocześnie uczestnika i współtwórcy zdarzeń oraz przedsięwzięć artystycznych mam pełne prawo do niniejszej opinii na ten temat.

            Po pierwsze: twórczość artystyczna, kulturalna a także edukacja (to bardzo ważne!) w tej dziedzinie zawsze powinny odwoływać się do emocji i wrażliwości twórców i odbiorców, uczestników kulturalnego przekazu. Z tego powinien wynikać uniwersalizm i estetyczny wymiar kultury. To on powinien stanowić jedyne kryterium oceny. Ewentualnie drugim kryterium może i chyba powinno być traktowanie twórców kultury i osób odtwarzających ich twórczość (także - odtwarzanych postaci!) jako … naszych bliźnich! Wszelkie inne kryteria zahaczają nieuchronnie o nadinterpretację, fałsz, przewrotność i po prostu...głupotę.

            Po drugie: edukacja kulturalna. To ważna dziedzina życia społecznego. Szkoły i uczelnie (muzyczne, plastyczne, teatralne), a także placówki kultury muszą być wolne od politycznej stronniczości, poprawności czy nierzetelnego warsztatu dydaktyki i strategii koncertowej, przedstawień czy wystaw. Gdy słyszę, że jedynym kryterium kierowania niektórymi placówkami są dzisiaj, jakże nomenklaturalne: służalczość, posłuszeństwo ich szefów wobec politycznych dysponentów to, szczerze powiem: zbiera mnie na wymioty! Tylko wiedza, fachowość, znajomość tej czy innej „działki” kultury, plus umiejętności zarządcze – to powinny być jedyne filtry oceny kwalifikacji ludzi sterujących kulturą. Często bywa jednak inaczej. W efekcie zamiast promować znakomitą polską kulturę – nierzadko ją ośmieszamy (a przy okazji – siebie samych!).

            Po trzecie: kultura zawsze zgrzytała w kontakcie z polityką. O jakości tych niełatwych relacji zawsze jednak przesądzała mądrość lub głupota polityków lub uczestników, odbiorców i menedżerów kultury. Wspomniałem niedawno na swym profilu w FB o moich chóralnych występach w Warszawie, przed...wieloma laty (delikatnie mówiąc...). Śpiewał mój uczelniany chór w tamtejszym Teatrze Polskim, w Teatrze Wielkim, w nagrywanym w Riwierze programie TVP, w studio Polskiego Radia na Myśliwieckiej. Wykonywaliśmy najpiękniejsze piosenki i pieśni wojenne, antywojenne, liryczne, z muzyki klasycznej polskiej i obcej. Oczywiście istnienie w tych latach cenzury było faktem, czasem bolesnym. Nikt nam jednak wówczas nie sprawdzał, czy wojenne pieśni wyśpiewywali kiedyś partyzanci AK czy AL lub BCh. Nikt też nie sprawdzał, czy Bach lub Mozart dobrze i po Bożemu się prowadzili za życia. Zaśpiewaliśmy w Teatrze Polskim także „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”, uwielbianą przez szefa bezpieki Moczara. I w ogóle nad rodowodem utworów się nie zastanawialiśmy. Liczyło się dla nas, młodych dziewcząt i chłopców tylko to: pięknie śpiewać piękne (w formie i treści) utwory…

            Tak bym chciał, aby z tych „słusznie minionych czasów” to właśnie w polskiej kulturze pozostało.

Antoni Kopyto

cku

Back to top